„Czarna, czarna toń” – recenzja książki Martyny Szkołyk

Ostatnio dzieją się bardzo dziwne rzeczy – znów zacząłem czytać polską fantastykę i nie żałuję, szczególnie, kiedy okazuje się, że powieści są oryginalne, dobrze napisane i przemyślane.

I debiut Martyny Szkołyk idealnie wpasowuje się w te ramy, choć nie do końca.

Burzowy Gniew jest istotą mogącą na życzenie przybrać postać człowieka bądź wilka. Burego, bo tak nazywają go przyjaciele, spotykamy w niezbyt sprzyjających okolicznościach – zamknięty w celi i skatowany, walczy resztkami sił o to by nie wyzionąć ducha. Jedynym jego sojusznikiem jest mały chłopiec próbujący ulżyć cierpieniom wilka, a jednocześnie chcący zaspokoić własną dziecięcą ciekawość. Strach miesza się u niego z fascynacją mężczyzną, którego lękają się nawet strażnicy. Początkowo niechętny dziecku Bury z czasem ulegając jego naleganiom opowiada mu swoją historię. Dowiemy się więc jak trafił do celi oraz co stało się z jego towarzyszami.

Nie można Martynie odmówić oryginalności w podejściu do tematu. Świat wilków i ich obyczajów fascynuje, ich wzajemne relacje i konfrontacje często są dla ludzkiego oka prymitywne, nierzadko wręcz barbarzyńskie. Wilcze stado kieruje się innymi, często niezrozumiałymi dla czytelnika wartościami, co jedynie potęguje wyobcowanie odbiorcy. Wilcy różnią się od nas niemal w każdym calu, co autorce udało się wyśmienicie pokazać.

W odbiorze powieści pomaga też zwiewny i bardzo finezyjny styl pisania, który potrafi zauroczyć, przede wszystkim opisami przyrody. Działania bohaterów mają odpowiednią dynamikę dzięki czemu akcja staje się wartka i śledzi się ją z żywym zainteresowaniem.

I tutaj przejdziemy do kilku moich rozterek jakie mam względem „Czarnej, czarnej toni”. W pewnym momencie książki akcja drastycznie traci na wartkości, a fabuła na długi czas staje w miejscu. Ma się przez to wrażenie, że w drugiej połowie historii brakuje pewnej siły napędowej co bardzo negatywnie wpływa na postrzeganie tempa całości. Opowieść ma też parę luk fabularnych, powodujących, że czytelnik zaczyna kwestionować przebieg opisywanych zdarzeń oraz część z zachowań bohaterów. Bywają momenty, kiedy postaci zaprzeczają samym sobie, mimo tego, że chwilę wcześniej wespół naradzają się by zrobić coś zupełnie innego. Są to elementy, które powinny zostać poprawione w kontynuacji.

„Czarna, czarna Toń” nie jest książką idealną, ale tak naprawdę żadna książka taka nie jest. To ciekawa literacko podróż napisana przez debiutującą autorkę. Martyna ma bogaty warsztat umiejętności, stawia też solidny fundament pod napisanie kolejnej powieści, o której mam nadzieję prędko usłyszymy.  

„Błysk” – recenzja książki Artura Chojnackiego

Dawno nie miałem przyjemności recenzować książki takiej, jak „Błysk” Artura Chojnackiego.

Przyznaję się, że z początku nie wiedziałem czego się spodziewać, w szczególności, że sam koncept historii nie brzmiał dość oryginalnie względem tego, czym jesteśmy obecnie karmieni w naszej popkulturze. Czytając opis książki myślałem sobie: „Takie rzeczy w Polsce? czy to się może udać?”

I tak, moi drodzy, udało się.

Ciężko jest powiedzieć coś pozytywnego o tej książce tak, by nie zepsuć jej czytelnikowi. Tak wiele elementów historii chciałbym tu opisać, mnóstwo motywów i zabiegów narracyjnych autora, ale nie mogę, bo lepiej, byście odkryli je sami. Nie chcę wam, mówiąc szczerze, zepsuć radości z czytania tekstu. Coś jednak szepnąć o niej muszę, by zachęcić was do zapoznania się z opowieścią, z którą ja w polskiej literaturze się jeszcze nie  spotkałem.

Zarys historii jest taki: Jerzy Miller to policjant, przykładny mąż i ojciec, który, dzień w dzień, stara się pogodzić obowiązki zawodowe i prywatne, coraz mniej czasu poświęcając na hobby swojej młodości: komiksy. Nie przypuszcza, że z pozoru łatwe do odhaczenia śledztwo wywróci jego spokojne życie do góry nogami i sprawi, że on sam zakwestionuje własną poczytalność.

Więcej dowiedzieć się musicie sami, bowiem radość z odkrywania każdej tajemnicy jaką wspólnie z Jurkiem odkryjecie jest niewspółmierna do tego co mogę powiedzieć wam ja. Uwierzcie mi, warto wejść w tą historię w ciemno.  

Opowieść, którą przedstawia Artur Chojnacki z pozoru wydaje się być pełna znanych, utartych schematów. Broni się jednak tym, w jaki sposób owe wydarzenia są przez autora przedstawione. Tutaj każdy element układanki ma swoje miejsce w konstrukcji świata, a pojedyncze wątki i  pozornie rzucone niedbale zdania z czasem składają się w piękną mozaikę przekazu, sprawiając, że czytelnik BŁYSKawicznie (widzicie, co tu zrobiłem? 😊 ) pochłania kolejne strony powieści łaknąc więcej. Pomaga temu zaskakująco lekki i elastyczny styl pisania autora, sprawnie kreślący zarówno opisy, jak i dziarskie dialogi. Nie raz na mojej twarzy gościł uśmiech z udanie przemyconego żartu czy udzieliła mi się euforia bohaterów. Zdecydowanie styl, pomysł i kompozycja całości są najsilniejszymi elementami tej  pozycji.

Czy książka ma jakieś wady? Prócz tego, że zarwiecie przy niej noc? No może w paru miejscach zamiast kolejnego rozdziału podzieliłbym tekst, by uniknąć niepotrzebnej numeracji. Jak widać, by wskazać jakieś wady musiałbym być jednak wybiórczo czepialskim, a tego nie lubię robić.

Co lubię za to robić, to polecać ludziom dobre, oryginalne i wyjątkowe książki. Takie jak ta.

„Błysk” musicie przeczytać.

Brawo Artur, chylę czoła, udany debiut.

1 dzień do nieśmiertelności – End Game

Musisz mi pomóc. Teraz. Nie wiem, jak cię znalazłem, nie pamietam. Podłącz mnie. Ratuj mnie. Od naszej ostatniej rozmowy coś jest nie tak. Nie mogę przypomnieć sobie twarzy mojego gniazda, nie mogę przypomnieć sobie jej imienia… Ktoś kasuje mi wspomnienia do cholery!
Sprzęgnij mnie z siecią, ściągnij co się da. Zgrywaj to, co pamiętam. Rejestruj to co mówię, będę opowiadał co mam przed oczami. Już teraz jest nieskładnie, a boje się, że będzie tylko gorzej.

Stoję w biurze generała Eddingtona. Jestem cicho i obserwuję twarz Johnny’ego Silverhanda, która zmienia się pod wpływem rewelacji, jakie słyszy. Arasaka stworzyła nowego Soulkillera – wersję 3.0. Jest o wiele lepsza, szybsza, atakuje kilka celów jednocześnie. Ktoś wspomina, że kilka ważnych dla rządu i Militechu osobistości znaleziono w stanie umysłowej katatonii z podpiętym do sieci cyberdeckiem. Podejrzewają, że Arasaka używa programu, by wygrać wojnę i wykraść informacje, które przetrzymuje w swojej siedzibie w Arasaka Tower.

Na tę wieść milkną wszyscy. Morgan, Rogue, Johnny, Sheitan. Wszyscy. Ale to nie koniec złych informacji. Widzę, jak Silverhand podryguje, kiedy słyszy od generała, że korposzczury Kei’a zmuszają Alt, by pomagała im przy ulepszaniu Soulkillera.

Spider Murphy tłumaczy, że wolną wolę Netrunnerki można stłamsić demonem, jakby była zwykłym programem. W końcu Alt jest zdigitalizowana, jej jaźń to teraz kawałek kodu, który można nagiąć do własnych potrzeb. 

Johnny pyta czy to ją boli.

Nie wiemy.

*

Dzielimy się na trzy drużyny. Każda ma swoje zadanie. Drużynę Alpha prowadzi Silverhand. Korzystając z dywersji, mają dostać się na 120 piętro Arasaka Tower, wedrzeć się do laboratoriów Soulkillera i puścić go z dymem. Jeśli to możliwe, spróbują wydostać Alt. Johnny mówi tylko o tym.

Beta ma narobić szumu. Odwrócić uwagę od pozostałych dwóch drużyn. 

Ostatnią grupą, Omegą, pokieruje Blackhand. Oficjalnie, mają zapewnić wsparcie drużynie Rockerboya. Nieoficjalnie, mają dostać się do podziemnej bazy danych Arasaki i o ile to możliwe wykraść z niej informacje. Dostali miniatomówkę, którą po wszystkim mają wysadzić cały budynek w cholerę.

Nie wiem dlaczego Morgan mi o tym mówi. Nie pamiętam, dlaczego mi ufa.

Poprosiłem o przydział do drużyny Silverhanda. 

Ruszamy za 12 godzin. 

*

Pamiętam szum wirników żyrokopterów. Solo, Rogue, dziwnie patrzy na Rockmana. Czy coś ich kiedyś łączyło? Sheitan jest tak odrutowany, że to bardziej Borg, niż człowiek. Spider Murphy stuka palcami po mosiężnej walizce. Thompson wygląda tak, jakby miał zaraz przeprowadzić wywiad. A ja? 

Mi trzęsą się ręce. 

*

Nie pamiętam jak weszliśmy. Morgan obwieszcza nam przez komunikatory, że Kei Arasaka wie, że tu jesteśmy. Uruchomił na dachu sprzęt, który prześlę wszystko co wiedzą na główne serwery Arasaki w Japonii. Nie mogą na to pozwolić. Powiedział, że się tym zajmie.

Tylko jedna myśl, wciąż kołacze mi w głowie:

Idą po nas.

*

Mam przed sobą drzwi prowadzące do apartamentu Kei’a. Czekamy aż Netrunnerka i Borg obejdą zabezpieczenia. Nie wiem co robią dokładnie, ale robią to dobrze.

Ja i Rogue zabezpieczamy tyły. 

Póki co, nikt nie nadchodzi.

Czuję w kościach, że jest cicho.

Za cicho.

Za tymi drzwiami opracowuje się Soulkillera, dlaczego więc nikt ich nie pilnuje? 

Johnny sypie czerstwym żartem, że Sheitan wylosował najkrótszą słomkę i wskazuje na drzwi. 

Borg znika w przejściu i oddając tylko dwa strzały  granatnika precyzyjnie likwiduje potencjalne zagrożenie w postaci działka automatycznego i kamery.

Jesteśmy w środku.

*

Wraz z Rogue rozkładamy ładunku wybuchowe, a zniecierpliwiony Silverhand, niemal wychodzi z siebie. Chce wiedzieć czy Alt tam jest, czy wszystko z nią w porządku. Spider Murphy odpowiada mu nieobecnym wzrokiem, co jeszcze bardziej denerwuje Rockmana. W końcu Netrunnerka wypina się z sieci i potwierdza. 

Mamy Alt.

Z jej wtyki wreszcie uchodzi powietrze. 

Marnujemy jeszcze parę cennych minut na skasowanie programu i wychodzimy.

*

W połowie drogi przez korytarz, wita nas głos najbardziej odrutowanego skurwysyna, jakiego w życiu widziałem. 

Więc to jest Adam Smasher.

Piekło rozpętuje się chwilę potem.

Przygwoździli nas. Jedyne na co mnie stać, to heroiczne padnięcie plackiem na ziemię, by uniknąć ściany ołowiu. Desperacko szukam schronienia.

Dociera do mnie, że nie używają ciężkiej artylerii, inaczej już bylibyśmy martwi. Nie chcą uszkodzić laboratorium? My nie mamy takich oporów. 

Johnny, Rogue i ja, odpowiadamy ogniem. 

*

Jest ich zbyt wielu.

Nie pomagają granaty rzucane przez Rogue.  

Sheitan oddaje kilka strzałów ze strzelby, po czym trafiony serią odlatuje w tył. Znika mi z oczu.

Jest ich zbyt wielu. 

Przez kanonadę przebija się tylko śmiech Smashera i wrzask bólu Thompsona.

Wszyscy tu, kurwa, umrzemy.

*

Solo odrzuca karabin.

Skończyły jej się naboje.

Skończyły granaty. 

Zostały tylko dwa pistolety dużego kalibru. 

Jest ich zbyt wielu.

Słyszę okrzyk.

Wyzwanie.

To Johnny stoi na środku korytarza i strzela w kierunku Smashera.

Nie robi tego dla nas.

Odciąga go od Spider Murphy schowanej za resztką, kiedyś podtrzymującej strop, kolumny.

Odciąga go od Alt.

Blaszak jest zaskoczony.

Przez turbo chwilę.

A potem seria ze strzelby automatycznej rozrywa Silverhanda na strzępy.

Wszyscy tu umrzemy.

*

Robert John Linder kupił nam sekundę.

Okupiona krwią chwila wystarcza, by Sheitan wyskoczył z cienia i uwiesił się Smashera blokując jego ramiona w żelaznym uścisku. Odpowiadamy ogniem, zdejmując zaskoczonych żołnierzy korporacji. 

Przez moment zostajemy tylko my i para mocujących się ze sobą Borgów.

Przez moment.

Każe nam uciekać, kiedy na schodach słychać kolejnych żołnierzy Arasaki. 

I właśnie to robimy.

Siłą odciągamy Murphy od ciała Johnny’ego.

Wspólnie z Rogue niesiemy Thompsona do windy.

Jest ciężki.

*

Wsiadamy do żyrokoptera razem z Blackhandem. Jak tu trafił? Musieliśmy spotkać się po drodze. 

Tylko, że Morgan nie wsiada.

Woła go znajomy głos.

Taki, który mrozi krew w żyłach.

Smasher stoi na dachu Arasaka Tower. 

To co zostało z Sheitana trzyma w zakrwawionych dłoniach.

Daje Morganowi wybór.

Blackhand daje rozkaz i odlatujemy.

Bez niego.

Widzę, jak walczą na dachu, kiedy ogromny wybuch u podstawy wstrząsa budynkiem, a ten wali się na naszych oczach.

Krzyczę? 

Nie wiem.

Nie pamiętam.

Gdzie ja jestem?

Kim…

Kim jestem?

2 dni do nieśmiertelności – Johnny Silverhand

„Tym razem mamy o wiele większe wsparcie niż tysiące rozwrzeszczanych fanów. Stawka również jest większa. O wiele większa. Dziś Arasaka Tower runie.”

Serio? Chcesz żebym opowiedział wam kim jest Johnny Silverhand? Gdzie się bujaliście przez ostatnie kilkadziesiąt lat? Nie wiem czy napluć wam w pysk czy dać w zęby za ten brak szacunku. Cholera, przecież ten człowiek to legenda!

Dobra, każdy wie – choć wy ewidentnie nie – że Johnny Silverhand to pseudonim artystyczny, za którym ukrywa się Robert John Linder. Weteran wojny w Ameryce środkowej, kombatant i dezerter w jednym. Już na starcie człowiek ten jawi się jako gość pełen sprzeczności.

Wojna to nie przelewki, nie jest taka czarno – biała moralnie, jak to ją zwykliście oglądać na filmach. I nie, nie chodzi mi o to, że umierają ludzie, to jest chyba oczywiste. Chodzi o rzeczy wokoło, zbrodnie wojenne, przekręty i sprawy, o których się nie mówi. Wyobraźcie sobie okropieństwa, jakich musiał doświadczyć Johnny będąc młodym chłopakiem. Pomyślcie, co musiał czuć, kiedy stracił dla kraju rękę, by chwilę później dowiedzieć się, że jego poświęcenie jest warte wiadra szczyn, bo cała ta wojna była machinacją skorumpowanego rządu. Rządu, który takich gości jak Robert miał gdzieś. Po takich rewelacjach młody zrobił jedyne co przyszło mu do głowy i zdezerterował wraz z resztą chłopaków z oddziału.

Problem w tym, że rząd skrupulatnie indoktrynował społeczeństwo, malował dezerterów w czarnych kolorach po to, by przykryć własną niekompetencję.  Wracający z wojny Linder musiał porzucić prawdziwe imię, by odciąć się od dawnego życia. Rozpocząć namiastkę nowego z dala od stygmatyzacji i prześladowań.

Tak narodził się Johnny Silverhand.

Tak, Silverhand, bo chromowana cyberproteza zastąpiła tą, którą stracił, brawo, Sherlocku.

Robert, teraz już Johnny, wyznaczył sobie jeden cel: uświadomić ludzi, że ich rząd jest skorumpowany, a co za tym idzie usprawiedliwić tysiące dezerterów, do których przecież sam należał. A jak zrobić to lepiej, jeśli nie poprzez muzykę?

Samurai” założył razem ze swoim przyjacielem, Kerry’m Eurodyne. Pełny skład zespołu znacie? Kogo ja papytam. Kurs przyśpieszony: Henry – bass, Denny – perkusja, Bes Isis, wtedy jeszcze znana jako Nancy – klawisze. Wespół grali po barach i pubach, niestety, bez większego rozgłosu.

Sukces, dosłownie, przyszedł po Silverhanda i Eurodyne’a. Miał rozbiegane oczy, rozszerzone od narkotyków źrenice, a ubrany był w starą, wyświechtaną kurtkę. I chyba tylko cud sprawił, że Rockmani nie spławili go, kiedy usłyszeli, że facet chce by dla niego zagrali. Co nie znaczy, że byli też przekonani. Dopiero kiedy przedstawił im swoją wizytówkę zrozumieli, z kim mają do czynienia. Tej propozycji nie składał nabuzowany dragami fan, tylko sam Jack Masters, prezes Universal Music.

Ich pierwszy singiel podbił listy przebojów w zaledwie trzy tygodnie, a w ciągu następnych dwóch Samurai wydał płytę z miejsca stając się sensacją na rynku. W ciągu miesiąca Johnny Silverhand zrewolucjonizował nie tylko gatunek muzyczny, ale dał też początek nowej fali rockowych brzmień. Każdy chciał być wokalistą Samurajów.

Dlatego chyba wieść o rozpadzie zespołu odbiła się tak szerokim echem wśród fanów. Powodem, jak zwykle, był czynnik ludzki. Nagle świat obiegła wieść, że Nancy zamknięto w pierdlu za morderstwo swojej wtyki. Cholera, skurwiel lał ją latami – nie dziwota, że miała już dość – sam na jej miejscu wyrzuciłbym gnoja przez to okno.

Choć zespół próbował jeszcze jakoś sobie radzić, różnice zdań na polu artystycznym doprowadziły do jego całkowitego rozpadu. Płynąc na swojej popularności, Johnny podjął jedyną słuszną decyzję: rozpoczął karierę solową. I choć zmieniła się ekipa z którą grał, antykorporacyjny i antyrządowy przekaz w jego utworach brzmiał równie odważnie i prowokująco jak dawniej.

Co ciekawe, Silverhand nigdy nie zrezygnował z wytwórni Jacka Mastersa. Znaleźli się jednak tacy, którzy szantażem próbowali namówić go do podpisania kontraktu z innym producentem. Mieli ujawnić, że kiedyś zdezerterował. Johnny zrobił więc coś, co mógł zrobić tylko człowiek o jego renomie i reputacji. Nagrał płytę, w której otwarcie przyznał się do bycia dezerterem i opowiedział o wszystkich okropnościach, jakich dopuścił się skorumpowany rząd. Nie tylko ośmieszył tych, którzy chcieli by tańczył jak mu zagrają, ale też raz na zawsze zostawił przeszłość za sobą.

I wtedy, 15 kwietnia 2013, było to cholerne porwanie, po którym Silverhand już nigdy do końca się nie otrząsnął. Opowiadałem ci o tym, jak jego dziewczynę, Alt, porwała Arasaka a Johnny’ego nieomal wysłali na tamten świat. Gdyby nie Thompson i ta jego pieprzona karta Trauma Team, dziś na pewno byśmy nie rozmawiali. Nawet nie wiedzielibyśmy, że ta historia w ogóle się wydarzyła.

Jeszcze w szpitalu, Thompson opowiedział Rockmanowi wszystko o tym, kim była Alt i czego chce od niej Arasaka. Pomógł mu też zrekrutować Rogue i Nomada Santiago, jedną z najlepszych par najemników w mieście. Wskazał też prawdopodobne miejsce, gdzie może być przetrzymywana dziewczyna. Rada na przyszłość: nigdy nie lekceważ reporterów. Szczególnie, jeśli mają z kimś kosę.

Podobno Johnny poprosił o pomoc starych znajomych. Przy pomocy Thompsona narobił w mieście szumu, że stary, dobry Samurai znów się jednoczy i zagra koncert tuż pod samą siedzibą Arasaki. Przyszły tysiące ludzi. Dobrze wiesz, jak to się wszystko skończyło.

Silverhand nigdy do końca nie otrząsnął się po tym, co wydarzyło się pod Arasaka Tower. Musiało dręczyć go sumienie. Udręka ta była na tyle silna, że kiedy lata później wrócił tam ponownie, tym razem z własnym oddziałem szturmowym, oddał za Alt swoje życie.

Wiesz, myślę, że on naprawdę ją kochał.

3 dni do nieśmiertelności – Alt Cunningham

Jesteś wreszcie. Siadaj, siadaj. Nie obraź się, ale zanim zaczniemy – EDeki na stół. Zrozum, nie łatwo mi było zdobyć te informacje. Człowiek, z którym rozmawiałem chce pozostać anonimowy, a ja cenię sobie swoje źródła. Nie pytasz o jakiegoś szeregowego glinę czy człowieka korporacji. Pytasz o NIĄ.

Gotowy? Cholera, tylko od czego mam zacząć, by to wszystko miało jakikolwiek sens?

Jak już pewnie wiesz, osławiona Alt Cunningham to gniazdo Johnny’ego Silverhanda. Ponoć poznali się kiedy on z Eurodyne’em koncertowali po Europie. Zrządzenie losu – ona poddawała się wtedy zabiegom bioupiększającym i cyborgizacjom – stąd ta jej „złota rączka” i hm… Inne walory.

Widzisz, z tego co przekazał mi mój kontakt wynika, że Alt Cunningham to zaprawiona w bojach Netrunnerka. Swoimi umiejętnościami programowania wyprzedzała o lata świetlne najlepszych specjalistów  w branży. Nie dziwota więc, że szybko dostała ciepłą posadkę w ITS i to pod opieką korporacji rozwinęła wirtualne skrzydła.

Musisz bowiem wiedzieć jedną rzecz: Cunningham miała pierdolca na punkcie cyfryzacji ludzkiej świadomości. Dzięki dofinansowaniu firmy opracowała program, który to umożliwiał. To był przełom. Nie znam się na tym technobełkocie, ale podobno soft działał w następujący sposób: pozwalał przenieść umysł do sieci, kompletnie opuszczając ciało. Rozumiesz? Mogli nagrać nasze mózgi na dyskietki. I właśnie tak samo pomyślały te chujki z ITS.

Bo kiedy Alt przyszła do nich pochwalić się swoją nową zabaweczką, korpo pogłaskało ją po główce i przejęło cały dorobek jej życia. Z tym, że oni program lekko zmodernizowali. No bo skoro ludzką duszę można zdigitalizować to czemu nie można jej po prostu uwięzić? I tak powstał „Soulkiller”, bo zwykle więzienie to w Night City za mało. Trzeba było stworzyć nowy rodzaj piekła, do którego wszyscy możemy trafić.

Wieść o nowej broni do walki z cyberprzestępczością rozeszła się zatrważająco szybko. ITS samo rozprzestrzeniało plotkę, chcąc jak najszybciej sprzedać swój produkt temu kto da więcej. Pech chciał, że w tamtych latach Arasaką rządził Toshiro, chłop, który nie lubił być na łasce innych. Licząc, że zostanie odpowiednio nagrodzony za przejęcie tak kluczowego dla rozwoju korporacji programu, posunął się o jeden krok za daleko: nakazał jak najszybciej porwać Alt, nie bacząc na konsekwencje.

Do porwania doszło 15 kwietnia 2013 roku pod Hammer Clubem. Po skończonym koncercie Silverhand i Cunningham wyszli bocznym wyjściem, pewnie by odetchnąć od tłumu rozemocjonowanych fanów. Wtedy to opłacone zbiry obskoczyły parę w zaułku, a Johnny dostał niezły łomot. Nie, sorry, oni spuścili mu sromotny wpierdol, taki, po którym nie wraca się już do żywych. I muzyk pewnie grałby teraz koncerty w piekle, gdyby nie cud. Cud o nazwie Trauma Team.

Kiedy ktoś próbował poskładać Silverhanda do kupy, Alt przetransportowano do siedziby Arasaki. Toshiro miał wobec Netrunnerki pewne plany: dał jej czas, by stworzyła mu jego własnego Soulkillera. I to nie była propozycja z rodzaju tych, które dziewczyna mogła odrzucić.

Nie mając wyboru Cunningham opracowywała program ze świadomością, że gdy skończy, przestanie być już potrzebna. Miała święte prawo przypuszczać, że stanie się królikiem doświadczalnym, na którym Toshiro przetestuje jej własny software. A że laska miała łeb na karku, stworzyła w programie lukę, którą miała zamiar wykorzystać gdyby zaszła taka potrzeba.

Jeżeli myślisz, że Alt musiała radzić sobie sama, to nie znasz Johnny’ego Silverhanda. Ten świr nie dość, że wylizał się ze swoich ran to zebrał jeszcze grupę uderzeniową. A jakby tego było mało, obwieścił wszystkim wokół, że dziś naprzeciwko samego wejścia do siedziby Arasaki zorganizuje koncert. Pierdolony koncert Samurajów w strefie korporacyjnej. Co mogłoby przecież pójść nie tak, no nie?

I właśnie to miał w planach Johnny. Wiedział, że aby dostać się do siedziby korporacji musi stworzyć dywersję. A co jest lepszego, jeśli nie banda wściekłych, pijanych i nabuzowanych fanów? Nie musiał się nawet starać, bo któraś z tych korposzuj pilnujących lobby sama strzeliła do rozgorączkowanego tłumu. I tym samym otworzyła puszkę pandory – ludzka masa ruszyła na Arasakę, a zmilitaryzowane oddziały ochrony nie mogły jej zatrzymać. Po prostu nie miały tylu naboi.

Nie będę ci pierdolił, że Toshiro podjął drastyczne działania czy coś w tym stylu. Ten śliski typ spanikował i użył SoulKillera na Cunningham. Nie wiem czy chciał mieć kartę przetargową czy się mścić, cholera go wie. Efekt był taki, że Alt skorzystała z zostawionej sobie furtki i wywinęła mu się.

A potem pokazała na co ją stać. Podobno będąc w sieci usmażyła trzech pilnujących ją netrunnerów, skasowała część kodu Soulkillera, a na koniec jako wisienkę na torcie okradła konto samego Saburo Arasaki. Zapomniała tylko o jednym: że jej fizyczne ciało wciąż tam było – na wyciągnięcie ręki Toshiro. 

Sprawy potoczyły się szybko: kiedy Johnny z ekipą utorowali sobie wejście do środka, korporniak odpiął ciało Alt z sieci. Dosłownie zerwał połączenie na oczach Silverhanda. Kojarzysz to słynne powiedzenie na ulicach? „Bang – powiedział Johnny. Bang! – powiedział pistolet”? Powstało właśnie wtedy, w tamtym momencie. Gdy Silverhand przestrzelił Toshiro głowę.

Nie wiem czy Alt mogła wrócić do swojego ciała. Nie chce nawet myśleć, jakie to musi być przerażające uczucie wrzeszczeć „Tu jestem!” i gdy dociera do ciebie, że nikt nie słyszy. Nawet Johnny, który będąc jeszcze w szoku wynosił martwe, jak wtedy sądził, ciało swojej ukochanej. Niech mnie szlag jasny trafi, jeśli to nie jest tragizm w czystej postaci.

Alt na lata została w wewnętrznej sieci Arasaki. Były pogłoski, że uciekła, ale czy to prawda? Nie mogłem ustalić, wiem tylko, że znów wykorzystali ją do odbudowy programu. Do stworzenia kolejnej, jeszcze lepszej wersji cholerstwa, które kosztowało ją życie. Ale teraz nie była już sama. Tym razem jej przyjaciele wiedzieli, że „żyje”.

I wbrew plotkom, nie, to nie Johnny wyrwał ją z tego korporacyjnego koszmaru. To była Spider Murphy. Tak, ta Spider Murphy, która później przekonała Keia Arasakę by popełnił samobójstwo i zakończył wojnę. Odnalazła ją, kiedy Johnny wespół z Militechem zaatakowali Arasaka Tower. To ta Netrunnerka wypuściła Alt do sieci, gdy wpadli w zasadzkę, podczas której Smasher masakrował jej przyjaciół.

Zasadzki, w której zginął Johnny Silverhand.

Słyszałem różne plotki, co stało się z Alt kiedy trafiła do sieci. Jedna głosi, że cyfrowa dusza dziewczyny wciąż tam jest, że słyszy i widzi wszystko o czym teraz rozmawiamy. I choć wiem, że nie zrobi mi krzywdy, to na samą myśl dostaje dreszczy.

4 dni do nieśmiertelności – Thompson

„Byłem na wojnie. Lubię ołów. Wiadra ołowiu.”

Coś ci powiem o Thompsonie. Lubię gościa i  nie rzucam teraz słów na wiatr. Znasz mnie i wiesz, że nie ufam ludziom sprzedającym cudze historie w telewizji. Jednak ten facet jest wyjątkowo w porządku, jak na reportera.

Wiesz, że prowadził relacje na żywo z każdego zakątku globu? Wszystkie jego sprawozdania dotyczyły konfliktów zbrojnych. To jedna z tych osób, która nie boi się zanurzyć po uszy w gównie, by pokazać ludziom prawdziwy obraz wojny. Za to zdobył powszechny posłuch i szacunek, a co za tym idzie także nieskazitelną wiarygodność. Był po prostu dobry w tym co robił. I za to przyszło mu zapłacić najwyższą cenę.

Zaczął żywo interesować się szemranymi interesami Arasaki, a korporacja nie lubi kiedy ktoś pcha nos w nie swoje sprawy. Nie wiem czy próbowali go przekupić albo czy dostawał pogróżki. Jeśli tak było, to zlekceważył wszystkie możliwe ostrzeżenia. Zapewne myślał, że w celu posłania korporacji na dno warto postawić na szali życie. Ale na pewno nie życie własnej żony.

Teraz już rozumiesz, dlaczego Thompson nienawidzi Arasaki, ale czy wiesz, że kiedyś uratował Silverhandowi życie?

Pamiętasz może to porwanie pod Hammer Club? Samurai grał tam wtedy koncert, więc prócz bandu Johnny’ego była tam jeszcze Alt, jego gniazdo. Kilkoro gości chciało ją porwać, więc naturalnie Johnny stanął im na drodze. Tylko, że to nie był jakiś podrzędny booster gang chcący się po prostu rozerwać. To były opłacone zbiry Arasaki, z którymi Rockman nie miał żadnych szans. A gdzie w tym wszystkim nasz reporter, pytasz?

Podobno to on znalazł umierającego Silverhanda i używając własnej karty członkowskiej wezwał Trauma Team ratując mu skórę. Uwierzysz? Użyć własnej karty?

Jakby tego było mało, to właśnie dzięki kontaktom i doświadczeniu Thompsona Johnny dowiedział się kto i dlaczego porwał Alt. Pomógł nawet w próbie jej odbicia, ale o tym porozmawiamy już przy innej okazji…

5 dni do nieśmiertelności – Adam Smasher

„Nazywają tę wojnę maszynką do mielenia mięsa. Ja jestem tą maszynką, a ty, ty jesteś mięsem.”

Cyborg, potwór – nazwij go jak chcesz, ale jedno jest pewne: z tego typa nie zostało już nic, co ludzkie. Powiadają jednak, że Adam Smasher był kiedyś człowiekiem – służył nawet w armii, choć zwolnili go dyscyplinarnie po paru latach i wrócił do Nowego Jorku.

Słyszałem, że gość został najemnikiem. I to nawet dobrym z tego co mi wiadomo. Nie pierdolił się w tańcu, jeśli wiesz co mam na myśli. Trzeba było kogoś sprzątnąć? Nie kręcił nosem, tylko z sadystycznym zaangażowaniem brał się do roboty. A tej miał tyle, że stać go było na wszystko czego potrzebował. A potrzebował niewiele: flaszkę, trochę prochów i kobiet.

I tak to się kręciło. Póki przy jednej robocie ktoś nie przypieprzył Adamowi rakietnicą w pysk przerabiając gościa na miazgę. To co z niego zostało, a zostało niewiele, chłopaki spakowali i zabrali ze sobą.

I tu robi się ciekawie, jak zawsze zresztą, kiedy do gry wchodzi Arasaka. Podobno przed śmiercią złożyli mu ofertę nie do odrzucenia: dadzą mu nowe, sztuczne ciało, albo może iść do diabła. I niech szlag go jasny trafi, zgodził się pracować dla tych skurwieli.

W siedem lat dorobił się dość ponurej reputacji. Przyjmował każde zlecenie, każde które nie było jawną misją samobójczą. Stawiał też jeden warunek: że może poszaleć bez obaw o straty materialne czy te po stronie ludności cywilnej. Mówiłem, że psychol?

Kiedy wybuchła czwarta wojna korporacyjna, Arasaka zabroniła Adamowi brać dodatkowe zlecenia i skierowała go do walki przeciwko Militechowi. Było mu to na rękę. W Militechu robił Morgan Blackhand, a Smasher miał z nim jakąś zadrę, choć nie wiem o co chodziło konkretnie.

Kiedy Silverhand z Blackhandem zaatakowali Arasaka Tower, ten gnój zaskoczył wszystkich. Wyskoczył na nich w pieprzonym pancerzu wspomaganym. Nie dał mu rady Johnny wespół z Sheitanem. Smasher pierwszego zabił, drugiego sprał na kwaśne jabłko. Z Morganem napierdalali się na dachu, kiedy wybuchła ta bomba, która zmiotła pół miasta. Nie ma już Johnny’ego, nie ma Blackhanda.

A wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? Że ten skurwiel nadal żyje.

6 dni do nieśmiertelności – Yorinobu Arasaka

„Uważam, że korporacja Arasaka to siedlisko zła i dlatego robię wszystko by jej zaszkodzić.”

Drugi syn Saburo Arasaki od zawsze różnił się od rodzeństwa. Ku niezadowoleniu ojca nie słyną on z łagodności młodszej siostry, brakowało mu też pokory i uległości starszego brata. Jawnie sprzeciwił się metodom zarządzania korporacją, w szczególności wyzyskom, morderstwom i szantażom, o których z dumą opowiadał mu Saburo. Jeszcze tego samego wieczora kiedy poznał prawdę o czekającym go dziedzictwie, rozpłynął się wśród neonów rozświetlających Tokyo.

Na języki ludzi wrócił dopiero po czterech latach, zebrawszy rzeszę podobnie myślących popleczników. Nazywając siebie „Stalowymi smokami”,  pod przywództwem Yorinobu rozpoczęli żmudny proces nękania i sabotowania działań Arasaki. Nie przyniósł on jednak większych rezultatów.

Brak funduszy i relatywnych informacji mogących srogo zaszkodzić operacjom korporacji sprawił, że Yorinobu zaczął podróżować po świecie w celu zjednania sobie potężniejszych sojuszników. Prawdziwa okazja trafiła się dopiero podczas Czwartych Wojen Korporacyjnych.

Arasaka pogrążona w walce o dominację na rynku zbrojeń z Militechem zlekceważyła zapędy Yorinobu, który w tym czasie skrupulatnie przekazywał poufne informacje rządowi Japonii w celu upaństwowienia korporacji ojca. Choć do pełnej nacjonalizacji firmy nie doszło (dzięki interwencji Saburo), sabotaż Yorinobu był poważnym ciosem dla Arasaki. Jej amerykański oddział utraciwszy wsparcie firmy-matki przegrał wojnę, co w konsekwencji doprowadziło do śmierci Kei’a, brata Yorinobu i pierworodnego syna Saburo, piastującego stanowisko dyrektora generalnego.

Porażka w wojnie spowodowała rozłam w szeregach Arasaki i doprowadziła do wewnętrznych walk o wpływy w strukturach korporacji. Ich konsekwencją było wyodrębnienie trzech frakcji. Na czele jednej z nich stanął Yorinobu, nadal w pełni świadomie opierając się wizjom ojca.

Ciekawostki:

– Yorinobu i jego siostra Hanako darzą się siostrzano – braterską miłością. Co miesiąc rozmawiają ze sobą za plecami ojca;

– Podobno w 2022 roku Yorinobu został porwany przez swojego brata podczas czwartych wojen korporacyjnych. Plotka ma w sobie ziarno prawdy – w rzeczywistości pojmano udającego go sobowtóra;

7 dni do nieśmiertelności – Saburo Arasaka

Nienawidzę Ameryki. Powalę ją na kolana dając jej wszystko czego zapragnie. A potem ją zniewolę. Sprzedam wam łańcuchy, w które sami się zakujecie.”

Saburo przyszedł na świat w 1919 roku, w domu bogatej rodziny Arasaka. Wychowany w duchu tradycyjnych japońskich wartości, w wieku 23 lat dołączył do japońskich sił powietrznych, gdzie w krótkim czasie dorobił się stopnia porucznika. Z powodu obrażeń otrzymanych podczas II wojny światowej (stracił prawą rękę i lewe oko), został zwolniony ze służby i wrócił do domu, gdzie bacznie przyglądał się działaniom wojennym. Przegrana Japonii była dla niego szokiem, na tyle dużym, że próbował popełnić rytualne samobójstwo. Mówi się, że to właśnie wtedy, kiedy próbował odebrać sobie życie, doznał olśnienia i postawił sobie za cel przejąć rodzinną firmę i doprowadzić do całkowitego, gospodarczego i politycznego, odrodzenia Japonii.

Pierwszy z celów zrealizował w 1960 roku, przejmując firmę po śmierci ojca. Dzięki rozszerzeniu działalności poza zwykłą produkcję oraz przeczuciu krachu gospodarczego w 1994 Arasaka staje się potęgą na rynku globalnym. Brakuje jednak dziedzica, co poniekąd zmusza Saburo do małżeństwa – rodzi się Kei, pierwsze z jego potomstwa.

W ciągu całego swojego życia Saburo żeni się trzykrotnie, ale dopiero trzecia żona daje mu dwoje następców: syna Yorinobu i córkę Hanako. Ta druga, staje się oczkiem w głowie ojca.

Dzięki rozwojowi cybernetyki Saburo przechodzi liczne operacje nieustannie przedłużając swoje życie i staje się żywym mitem wśród pracujących w korporacji. Technologia pozwala też na zastąpienie utraconych podczas wojny narządów. Mimo to, w okolicach 2020 roku Saburo trafia na wózek inwalidzki i dowiaduje się, że jego stare ciało osiągnęło stan, w którym nie wytrzyma kolejnych operacji związanych z cyborgizacjami. Prezes Arasaki oddaje więc władzę w firmie swojemu pierworodnemu – Kei’owi. Jednak to tylko pozory: w rzeczywistości wszystkie decyzje zawsze konsultowane są bezpośrednio z Saburo, który w zaciszu swojego domu na obrzeżach Tokyo bacznie monitoruje działania firmy.

Rządy Kei’a nie trwają jednak długo. W 2022 roku syn Saburo popełnia samobójstwo, by oczyścić swoje imię z powodu złych decyzji podjętych podczas czwartej wojny korporacyjnej. Jego miejsce zajmuje Hanako, w cieniu której ojciec nadal pociąga za korporacyjne sznurki. Ta sytuacja trwa do dziś.

Ciekawostki:

– Od 2020 roku nie opuścił granic Japonii;

– Miał 60 lat gdy urodziło mu się pierwsze dziecko;

– W głównej siedzibie Arasaki w Tokyo, 24 godzinny dyżur pełni specjalny zespół techników medycznych. W przypadku poważnego urazu fizycznego czy psychicznego zagrażającego śmiercią Sabury, jego umysł i osobowość zostaną przekonwertowane na Sztuczną Inteligencję;

– W spotkaniach zarządu bierze udział telekonferencyjnie, bądź poprzez Braindance, gdzie przywdziewa strój japońskiego Daimyo;

8 dni do nieśmiertelności – Morgan Blackhand

„Wiele bitew zostało wygranych, zanim padł pierwszy strzał. Gdy twoje oczy spotykają jego oczy, a on wie, że jesteś gotów zapłacić krwią. Jego krwią, twoją krwią – dla ciebie to nie ważne. Stawiasz na szalę wszystko.”

Morgan Blackhand to Solo – legenda w Cyberpunkowym świecie. Niegdyś służył w armii Stanów Zjednoczonych, gdzie wsławił się tym, że był niesamowicie wprawnym zabójcą i saperem. Po odejściu z armii, został przejęty przez Militech po tym, jak zaimponował jednemu z rekruterów korporacji likwidując na ulicy przywódcę lokalnego gangu. Decyzja o dołączeniu do Militechu nie była trudna – jako weteran, Morgan miał ogromne problemy ze znalezieniem pracy, więc przyjął propozycję bez zastanowienia. Cytując jego własne słowa: „Teraz jestem ich człowiekiem. Płacą nieźle, praca w miarę i opłacają naprawy części. Jak dotąd, jeszcze żyję…”

Na ulicach, Blackhand miał opinię człowieka ostrożnego, nie posiadającego wielkich ambicji i dbającego głównie o własną skórę. To dobrze opłacany Solo, który wykonywał swoje zlecenia niezwykle dokładnie i z finezją.

Słuch o Morganie zaginął podczas czwartej wojny korporacyjnej, kiedy wynajęty przez Militech stworzył grupę uderzeniową, wraz z którą podjął się kolejno: infiltracji, kradzieży danych i zniszczenia siedziby korporacji Arasaka.

Ciekawostki:

– Morgan jest alter-ego twórcy Cyberpunka, Mike’a Pondsmitha, który odgrywał tę postać podczas sesji RPG;

– Jest zaciekłym wrogiem Adama Smashera;

– Nazwany „najlepszym Solo” przez magazyn Solo of Fortune;

– Jego pseudonim, Blackhand, wziął się, dosłownie, od czarnej, chromowanej cyberręki;

– W pojedynkę pojmał i przekazał policji pięć osób, odpowiedzialnych za próbę porwania Kerry’ego Eurodyne’a;

– Nikt nie wie co stało się z Morganem po tym, jak razem z Johnny’m Silverhandem i Sheitanem wdarli się do siedziby korporacji Arasaka. Ostatni raz widziano go z Adamem Smasherem na dachu walącej się Arasaka Tower;